O mojej (NIE) miłości do jogi od pierwszego wejrzenia

 

 

 

 

Pamiętam to bardzo wyraźnie. Tak bardzo się cieszyłam na myśl, że idę na jogę. I to do jednej z największych szkół jogi w Krakowie. To było wiele lat temu. Relaks, spokój wymalowany na twarzy - tak to widziałam oczami moich oczekiwań. Co zastałam? No właśnie. I o tym będzie dziś. 

 

 

Pierwsza rzecz, która przykuła moją uwagę to było zdjęcie jakiegoś faceta, obok którego tliły się świeczki (i może kadzidełka, ale tego nie pamiętam). WTF pomyślałam? Ja nie mam zamiaru odprawiać żadnych modłów do czyjejś podobizny (skąd mogłam wtedy wiedzieć, że było to zdjęcie jogowego góru tego właśnie odłamu jogi?). Tak, była to z mojej strony ignorancja, ale nic nie poradzę na to, że wtedy miałam właśnie takie odczucia, a dziś szczerze się z nimi z Tobą dzielę. 

 

Śmiertelna powaga to kolejna rzecz, która uderzyła w moje mocno niezrelaksowane ciało i umysł (byłam wtedy długoletnim i mocno zestresowanym pracownikiem korporacji) . Była to nie zmącona odrobiną uśmiechu powaga na twarzach wszystkich. "Ale o co chodzi? - pomyślałam. Ja nie przyszłam tu po to, żeby się umartwiać i praktykować powagi, ja tu przyszłam na jogę!"

 

Koce - brrrrr - do tej pory mam nieprzyjemne dreszcze na ciele na samą myśl o nich. Szorstkie i gryzące koce. Wiedziałam, że w wielu asanach są potrzebne i fajnie jest się przykryć podczas shavasany, ale dlaczego muszą być takie ciężkie, gryzące i twarde? Serio - do tej pory została mi ta kocowa trauma.

 

Wojownik w swojej idealnej książkowej formie, kiedy to …..ja, kiedy to moje ciało nie byliśmy na to w żadnym stopniu gotowi. Byliśmy cholernie niegotowi. Biodra równolegle do barków ( ale, że co? Kiedy to dla mnie wyzwaniem było złapać i utrzymać równowagę, a co dopiero wykręcić się w tak nieludzkiej pozycji?), oddychaj głęboko (kiedy jedyne, co miałam w głowie to - przetrwaj, wytrzymaj, bo będzie niezła wtopa jak jako jedyna na sali opuścisz ręce, które już od dobrych pięciu oddechów drżą niemiłosiernie.) Hello? Ktoś tu mówił o relaksie? Dociskanie i... dociskanie - na maksa, bo przecież w książce jest tak, a nie inaczej. Ból kręgosłupa? To przejdzie, wystarczy wytrwać. Nie przechodziło.

 

Przerażająca cisza na sali - patrzyłam tylko dookoła czy wszyscy słyszą mój ledwie zipiący oddech i jedyne o czym myślałam, to „ nie puść bąka”, bo będzie wstyd, straszny wstyd” - sad but true :)

 

Sala niczym sala gimnastyczna z wczesnych lat podstawówki - a gdzie nastrojowa muzyka, choćby szum morza, gdzie relaksujące zapachy? To z takimi rzeczami zawsze kojarzył mi się relaks. Po raz kolejny  trafiłam na złe (złe dla mnie) zajęcia.

 

Bawełniane podkoszulki i bezkształtne dresowe spodnie. W skrócie - strój przypominający worek pokutny. Ale ja tak nie chcę - pomyślałam. Czy ja tak muszę? Kolejny zgrzyt. No (nie) stety, ale do tej pory lubię kolorowe maty i stroje. Może to i próżne, ale lubię je i już!

 

Bezwzględny zakaz ćwiczenia w skarpetkach. Był taki czas, kiedy czułam się bardzo niekomfortowo bez skarpet (nie wiem czemu, ale nie cierpiałam swoich stóp). Na zajęciach nie było możliwości w tych skarpetkach zostać (a może nie miałam śmiałości o to zawalczyć?). Do tej pory niesmak pozostał.

 

Tak wyglądało moje 1,5 godziny „relaksu”, które dla mnie z relaksem za wiele wspólnego nie miało. Kupiłam matę, pasek do jogi, wróciłam na tą jogę jeszcze może z raz i to by było na tyle na długie lata.

Teraz wiem, że po pierwsze nie byłam wtedy gotowa na jogę. Stanie w jednej asanie przez 10 oddechów doprowadzało mnie do szewskiej pasji. „Co oni wszyscy pitolą o tej jodze? Że taka wspaniała, tak uspokaja i wycisza. G… prawda! „To były jedyne myśli, które pojawiały się w mojej głowie, kiedy stałam wtedy na macie". Wtedy to, czego potrzebowałam to były słuchawki z ciężkim rockiem i trening do upadłego na siłowni.

 

Joga jest piękna, ale tylko wtedy, kiedy jest się na nią gotowym. Ja wtedy nie byłam - a na pewno nie byłam gotowa na ten rodzaj jogi, na który trafiłam. Zresztą nadal nie jestem gotowa na jogę w tej formie i prawdopodobnie nigdy nie będę,  bo to zupełnie nie mój świat. Teraz to wiem.

 

 

Trafiłam na złą jogę. Nie, nie złą - złą dla mnie. Trafiłam na zajęcia jogi pod słońcem, kiedy to każdy kąt twojego ciała jest mierzony od linijki, a twoja pozycja musi przypominać kalkę z książkowego zdjęcia. Nie krytykuję tego stylu jogi - ma wiele plusów i można się dzięki niemu wiele nauczyć, ale to nie jest moje,
po prostu. Ja chciałam większej wolności, swobody, intuicyjnego słuchania ciała, które jak mówi - nie rób mi tego, to naprawdę ma to na myśli. I to zostało mi do teraz. Do teraz są asany, które wykonuję tak, jak podpowiada mi ciało i z pewnością nie przeszłabym testu linijki i kątomierza.

 

Oto moje pierwsze doświadczenia z jogą. Ta (NIE) miłość trwała dobrych kilka lat. W głowie (i w sercu) cały czas czułam, że chce ćwiczyć jogę. I dałam jej jeszcze jedną szansę, ale w domu, gdzie mogłam sobie stworzyć swoje własne warunki, w których czułam się po prostu dobrze. Na szczęście okazało się, że joga wcale nie musi być taka nadęta i cholernie poważna. Że może to być całkiem fajna zabawa, jeśli podarujesz jej i sobie odrobinę dystansu. Jeśli nie będziesz jej i siebie traktować tak śmiertelnie poważnie.

 

Namaste :)

 

 

 

Please reload

Wyróżnione posty

58 rzeczy, których prawdopodobnie o mnie nie wiesz (i możliwe, że nie chcesz wiedzieć...)

March 30, 2018

1/6
Please reload

Ostatnio dodane
Please reload